Gorące tematy: Wybory 2020 Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
67 postów 1309 komentarzy

Tuż przed Światowym Forum Holocaustu taka kompromitacja.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Proces byłego strażnika obozu koncentracyjnego Stutthof Bruno Deya (93 l) przybrał zaskakujący i nieoczekiwany dla żydów obrót

po tym, jak rzekomą ofiarę Holocaustu biorącą udział w oskarżeniu, oskarżono o zakłamanie własnej historii życia.

Moshe Peter Loth pojawił się na pierwszych stronach gazet w listopadzie, kiedy czule objął i przytulił oskarżonego Bruno Deya podczas procesu w Hamburgu w Niemczech. Loth to żyd z Florydy, który identyfikował się jako rzekomy ocalały z Holokaustu, a Dey jest byłym strażnikiem obozu koncentracyjnego.

„Teraz uważajcie wszyscy, idę mu wybaczyć”, powiedział 76-letni Loth, zbliżając się do Deya, który przyznaje, że będąc wtedy 17-latkiem, był strażnikiem w obozie Stutthof pod Gdańskiem.

Loth, jak to określają żydowskie gazety "mógł przesadzić ze swoją historią - urodził się w chrześcijańskiej rodzinie i prawdopodobnie nigdy nie był w obozie".

Loth przez lata mówił dziennikarzom, że ​​jego babcia i matka zostali uwięzieni w obozie wskutek donosu złożonego do władz niemieckich przez jego dziadka, którego opisywał jako nazistę. Loth twierdził również, że otrzymał informację od Czerwonego Krzyża, że ​​urodził się w obozie. Okazało się jednak, że kobieta o nazwisku Loth zidentyfikowana jako jego matka - Helene Anna Flood - została zwolniona z obozu miesiąc po tym, jak została tam zabrana, na kilka miesięcy przed urodzeniem Lotha.

Loth opowiedział swoją "tragiczną" historię niemieckiej grupie misyjnej w 2005 r. oraz publikowano ją online w Othello Outlook w 2012 r. Wspomniano o tym także w autobiografii „Peace by Piece” napisanej przez Sandrę Kellog Rath.

Loth, który przedłożył dokumenty w Yad Vashem, twierdząc, że jego babka została zamordowana w komorze gazowej w Stutthofie, przemawiał podczas licznych uroczystości upamiętniających Holokaust i był przedstawiany jako ocalały z Holocaustu.

Magazyn Spiegel pod koniec ubiegłego miesiąca poinformował, że Loth urodził się w protestanckiej niemieckiej rodzinie pod Gdańskiem. Jego babcia zmarła w 1943 r., ale nie w nazistowskim obozie.

Adwokat Lotha powiedział Spiegelowi, że Loth miał wrażenie, że jego babcia zmarła w obozie, i że skoryguje swoje zeznania jako świadka w Yad Vashem.
 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podczas gdy Stutthof może nie jest tak dobrze znany, jak inne niemieckie obozy z czasów wojny, to warto prześledzić historię tego ważnego ośrodka internowania. Schematy deportacji do i z obozu oraz traktowanie więźniów, zarówno żydowskich, jak i nieżydowskich, ujawniają pewne zaskakujące fakty.

Stutthof (Sztutowo) znajdował się 36 km na wschód od Gdańska na zalesionej polanie w pobliżu wybrzeża Bałtyku u ujścia Wisły. Pospiesznie utworzony jako ośrodek internowania w nagłych wypadkach we wrześniu 1939 r., gdy siły niemieckie zajmowały terytorium Polski, wkrótce został utworzony na stałe, a w 1942 r. został oficjalnie wyznaczony jako obóz koncentracyjny. (1).

W 1943 i 1944 r. został znacznie powiększony i obejmował trzy duże sektory obejmujące obszar 2,5 na 1,2 km. Kompleks obozowy Stutthof ostatecznie obejmował kilkadziesiąt mniejszych obozów satelitarnych rozmieszczonych na dużej części Prus Wschodnich i Zachodnich. Oprócz administracji i ogólnych prac związanych z utrzymaniem samego obozu, więźniów zatrudniano w pobliskich warsztatach i fabrykach, które produkowały sprzęt i odzież dla niemieckich sił zbrojnych. Inni internowani pracowali w obozowej fabryce cegieł i szklarni oraz przy pobliskich projektach rolniczych, kamieniołomach, portach i lotniskach. Więźniowie mogli wysyłać listy i odbierać paczki. Pod koniec 1943 r. nowe rozporządzenie zabraniało karania przez bicie. (2).

Do 1944 r. przebywało stosunkowo niewielu żydowskich internowanych. Większość więźniów to byli Polacy. Jesienią 1943 r. kilkuset Żydów ukrywających się w białostockim getcie (po stłumieniu powstania) zostało przeniesionych do Stutthofu. (3)

Od czerwca 1944 r. duża liczba Żydów zaczęła przybywać do Stutthofu z Auschwitz. Pierwszy transport 2500 Żydówek z Auschwitz-Birkenau został wkrótce wysłany do kilkuset fabryk w regionie Morza Bałtyckiego. Między czerwcem a październikiem 1944 r. do Stutthofu z Oświęcimia przybyło od 20 000 do 30 000 Żydów, pochodzących z Węgier. Ponadto do Stutthofu z Oświęcimia przybyły również Żydówki pochodzące z łódzkiego getta. (4).

Latem i jesienią 1944 r., gdy siły radzieckie zbliżały się do regionu bałtyckiego, tysiące Żydów, w tym żydowskie matki i ich dzieci, ewakuowano do Stutthofu z więcej niż kilkunastu obozów i pozostałych gett na Litwie, Łotwie i w Estonii. W szczególności Żydów w lipcu 1944 r. przetransportowano z obozów w Rydze (Łotwa) i Kownie (Litwa) oraz getta w Siauliai (Litwa). Większość została ewakuowana drogą morską na deficytowych wtedy statkach. (5).

W drugiej połowie 1944 r., gdy siły radzieckie kontynuowały swój marsz na zachód, Niemcy przetransportowali dużą liczbę Żydów, w tym setki żydowskich dzieci, z Litwy i Estonii przez Stutthof do Auschwitz. (6). Wielu z tych ewakuowanych stanowili Żydzi, którzy wcześniej zostali deportowani z Niemiec do regionu bałtyckiego w ramach polityki „ostatecznego rozwiązania”czyli masowej deportacji na okupowane terytoria radzieckie na „Wschodzie”. (7).

Te transfery do Stutthofu są trudne do pogodzenia z niemiecką polityką tzw. anihilacji europejskich Żydów. Gdyby istniała taka polityka eksterminacji, szczególnie trudno jest zrozumieć, dlaczego Żydzi z regionu bałtyckiego - wszyscy rzekomo skazani na śmierć - zostali ewakuowani przez przeciążony system transportowy Niemiec zamiast zostać zabitymi na miejscu. Fakt, że wielu Żydów ewakuowanych przez Niemców z rejonu Bałtyku do Stutthof było dziećmi, jest szczególnie trudny do pogodzenia z ogólną polityką eksterminacyjną. (8).

Ten nowy napływ radykalnie zmienił charakter obozu. Pod koniec 1944 r. Żydzi stanowili około 70 procent populacji tu osadzonych. Rosjanie stanowili około 20 procent, a pozostałe narodowości stanowiły pozostałe dziesięć procent. (9). Obóz został podzielony na osobne ogrodzone jednostki dla mężczyzn i kobiet. Większość więźniów była młoda, przede wszystkim żydowskie dziewczęta i młode kobiety w wieku od 13 do 22 lat. Dla chłopców w wieku poniżej 17 lat istniał oddzielny blok koszarowy. Z reguły Żydzi nie musieli pracować, chociaż niektórzy od czasu do czasu byli przydzielani do pracy na farmie na zewnątrz. (10).

W wyniku chaosu i ogromnego przeludnienia spowodowanego pogarszającą się sytuacją wojenną warunki w obozie pogorszyły się w 1944 r. Chociaż nowo przybyli rutynowo podlegali kwarantannie trwającej od dwóch do czterech tygodni, wybuchła epidemia tyfusu w drugiej połowie roku. Wskaźnik śmiertelności gwałtownie wzrósł i osiągnął najwyższy poziom pod koniec tego roku, kiedy według doniesień  9%  całej populacji więźniów zmarło w grudniu 1944 r. Oprócz tyfusu więźniowie padali ofiarą gorączki jelitowej i głodu. (11).

Administratorzy obozów zrobili, co mogli, w prawie niemożliwych warunkach, aby ratować życie. Obiekty szpitalne dla więźniów zostały znacznie rozbudowane i ostatecznie zajęły cały kompleks koszar. W tych placówkach, które zostały podzielone na 12 oddziałów, pracowali więzieni tam lekarze i pielęgniarki oraz personel medyczny SS. Niestety opieka nad chorymi więźniami została poważnie ograniczona przez  brak leków i odpowiednich instrumentów. (12). W połowie stycznia 1945 r. było około 50 000 więźniów w Stutthofie, z których około połowy przebywała w obozie głównym. Było tam 29 000 żydowskich internowanych, w tym prawie 26 000 kobiet. (13).

25 stycznia 1945 r., gdy w odległości kilku kilometrów znajdowały się wojska radzieckie, a w oddali słychać było odgłosy wystrzałów, komendant obozu, major Paul-Werner Hoppe, kierując się odgórnymi instrukcjami, zarządził ogólną ewakuację internowanych w głąb Rzeszy. Dodał, że pozostali chorzy więźniowie oraz grupa potrzebna do rozwiązania obozu pozostanie na miejscu. (14). Izraelski historyk Zagłady Yehuda Bauer uznał, że trudno pogodzić ten nakaz ewakuacji z polityką eksterminacji. Na konferencji w 1981 r. zapytał retorycznie: „Jaki był ich zamiar [Niemców]? Dlaczego esesmani odesłali tych ludzi? ... Dlaczego dowódca obozu w Stutthofie wydał rozkaz w styczniu 1945 r., że wszyscy mają wymaszerować z wyjątkiem chorych? ” (15).

Ta masowa ewakuacja w grupach po tysiąc pięćset osób w środku zimy, była straszną próbą, która pochłonęła wiele tysięcy istnień ludzkich. Dziesięciodniowy marsz odbywał się w śniegu i mrozie, z bardzo małą ilością jedzenia lub odpowiednim schronieniem. Jeden polski historyk oszacował, że podczas tej ewakuacji zginęło 30 000 osób. (16). Jedna grupa ewakuowanych została uratowana przez wojska radzieckie w lutym 1945 r., ale wielu z tej grupy zmarło po wyzwoleniu. (17).

Więźniowie Stutthofu nie byli jedynymi, którzy znosili to straszne nieszczęście. W tym samym okresie setki tysięcy niemieckich cywilów, w większości kobiet i dzieci, a także cywilów innych narodowości, powoli zmierzało na zachód w śniegu i mroźnej pogodzie. Wiele z tych osób zmarło także podczas zimowej wędrówki. (18).

W marcu i kwietniu 1945 r. radzieckie samoloty wielokrotnie atakowały obóz Stutthof. Bomba, która uderzyła w żydowski szpital 26 marca 1945 r., zabiła 28 osób i zraniła 35. (19). W kolejnych tygodniach radzieckie naloty i artyleryjskie ataki stawały się coraz częstsze, aż do 20 kwietnia 1945 r. jak później wspominał były więzień żydowski (20):
    Stutthof został zbombardowany z powietrza i ziemi. Bombardowanie trwało w dzień i w nocy ... Obóz Stutthof był ogromny i od jednego końca do drugiego płonął od ataków lotniczych. Niezliczona liczba Katzetler [więźniów] została zabita przez bomby. Ja sam miałem szczęście, ponieważ bomba uderzyła w nasz oddział, a trzy czwarte chorych zostało zabitych lub rannych.

Ewakuacja drogą morską

Pod koniec kwietnia 1945 r., kliedy Stutthof został odcięty od nieokupowanych Niemiec, z wyjątkiem drogi morskiej, ostatecznie zdecydowano o ewakuacji około 3000 Żydówek, które nadal pozostały w obozie. Jedna z więźniarek, która została ewakuowana na statek towarowy, przypomniała sobie później o swojej strasznej udręce: (21).
    Płynęliśmy i płynęliśmy, wiele razy wchodziliśmy do portów, których nie pamiętam. Ale żaden port nie pozwolił nam zostać, ponieważ nad nami powiewała żółta flaga, co oznaczało, że statek miał na pokładzie ludzi z chorobami zakaźnymi. ... W każdym porcie kapitan oświadczał, że na pokładzie ma kobiety-uchodźców i prosił o pozwolenie na ich zejście na ląd.

Ale raz za razem byli odprawiani, chociaż w jednym porcie niektórzy żołnierze niemieccy dawali im chleb. Bez wody i jedzenia statek pływał przez jedenaście dni z jednego portu do drugiego. W tym okropnym okresie samoloty alianckie dwukrotnie zaatakowały nieuzbrojony statek, zabijając wielu Żydów na pokładzie. Podczas trzeciego ataku bombowego, który miał miejsce, gdy statek został zakotwiczony poza portem w Kilonii i zaledwie dzień przed przybyciem tam wojsk brytyjskich, statek zapalił się i zatonął. Wielu zginęło w płomieniach lub podczas szalonej wspinaczki, aby dostać się na pokład, a inni utonęli. Jedna z ocalałych wspomina, że ​​zginęły wszystkie oprócz 33 z 2000 żydowskich kobiet na pokładzie (22).

Ostateczna ewakuacja ze Stutthofu miała miejsce 27 kwietnia 1945 r. pod atakiem sowieckich samolotów więźniowie zostali załadowani na kilka barek w pobliskim porcie na Helu, które następnie zostały odholowane na zachód na terytorium pozostające pod kontrolą Niemiec. Jedna barka, pełna chorych więźniów, była skierowana do Kilonii. Inni zostali zabrani do portowego miasta Neustadt niedaleko Lubeki. (23) Polski historyk oszacował, że 3000 internowanych ze Stutthofu, którzy zostali ewakuowani drogą morską, straciło życie w tej ciężkiej próbie (24).
Nie wszyscy więźniowie Stutthofu zostali ewakuowani. Setki osób, które nie były w stanie się ruszyć, pozostały w obozie, który pozostał w rękach niemieckich w ramach zaciekle bronionej enklawy gdańskiej, dopóki nie został przekazany siłom radzieckim 10 maja 1945 r. (25)

Rzekome komory gazowe

Niektórzy historycy utrzymują, że więźniowie byli mordowani w Stutthofie w obozowej komorze gazowej. (26) Według oświadczenia monachijskiego Instytutu Historii Współczesnej z 1985 r. w komorze gazowej Stutthof miało zginąć ponad tysiąc osób. (27) Dowody przytaczane są skąpe i mało wiarygodne. Nadal nienaruszony budynek „komory gazowej” obozu to niewielka ceglana konstrukcja o wysokości około dwóch i pół metra, długości pięciu metrów i szerokości trzech metrów. Amerykańska historyk żydowskiego pochodzenia Konnilyn Feig napisała, że wygląda „prawie jak zabawka” (zdjęcie).

Polscy urzędnicy poważnie twierdzili, że Niemcy gazowali jednocześnie sto osób w komorze (czyli sześć lub siedem osób na metr kwadratowy). W tej komorze podobno przeprowadzano zabójcze gazowanie Cyklonem między czerwcem a grudniem 1944 r. (28)

Polski historyk Krzysztof Dunin-Wasowicz uważa, że ​​budynek ten nie został zaprojektowany ani zbudowany jako obiekt do mordowania przez gazowanie. W eseju opublikowanym w półoficjalnym wydawnictwie na temat rzekomych zabójczych „komór gazowych” pisze, że budynek ten został zbudowany jako (niezabójcza) komora gazowa do odwszawiania odzieży. Twierdzi jednak, że czasami używano w sposób improwizowany do zabijania więźniów. („Pierwotnie komora gazowa została zbudowana jako pomieszczenie do odwszawiania odzieży i również była używana do tego celu, dopóki istniała.”) (29)

Co ciekawe, budynek „komory gazowej” wcale nie jest ukryty ani zakamuflowany, ani nie jest upozorowany jako prysznic. Dlatego też, gdyby rzeczywiście wykorzystano go jako miejsce zabójczego gazowania, potencjalne ofiary najwyraźniej nie miałyby złudzeń co do losu, który ich czekał. Warto zauważyć, że Niemcy kierujący obozem nigdy nie podjęli żadnych wysiłków w celu zniszczenia lub rozbiórki rzekomego „obiektu zagłady” Stutthofa, co trudno uwierzyć, gdyby w rzeczywistości była to egzekucyjna komora gazowa. (30).

Sąd zachodnioniemiecki, który usłyszał „zeznania naocznych świadków” o zabójczych gazowaniach w Stutthofie, stwierdził w wyroku z 1964 r., że „w odniesieniu do gazowań pozytywne ustalenie również nie było możliwe”. Dowody złożone przez kilku rzekomych świadków zagazowania zostały uznane za wątpliwe lub niewiarygodne. (31) Raul Hilberg nie wspomina o zabójstwach cyklonem B w Stutthofie w szczegółowej trzytomowej pracy o Holokauście. Również dwaj inni wybitni historycy Holokaustu, Lucy Dawidowicz i Nora Levin, nic nie mówili o domniemanym ośrodku zagłady w obozie.

Szacunki ofiar

Według polskiego historyka Czesława Pilichowskiego, dyrektora polskiej „Centralnej Komisji Dochodzeń w sprawie Zbrodni Niemieckich”, spośród 120 000 osób (Żydów i nie-Żydów), którzy kiedykolwiek byli internowani w Stutthofie lub jego obozach satelitarnych, zmarło 85 000 osób. (32). Polski historyk Krzysztof Dunin-Wasowicz oszacował, że spośród 120 000 więźniów obozu „około 80 000 z nich zmarło lub zostało zamordowanych”. (33). Inny polski historyk podaje „konserwatywne” szacunki 65 000 ofiar Stutthof. (34)

Według historyka żydowskiego Martina Gilberta i Encyclopaedia Judaica ponad 52 000 Żydów zostało internowanych w Stutthofie i jego obozach satelitarnych. Szacuje się, że przeżyło tylko około 3000, i dodaje, że być może 26 000 żydowskich ofiar zmarło lub utopiło się podczas ewakuacji w 1945 r. (35).

Chociaż trudno jest precyzyjnie określić rzeczywistą liczbę zgonów, należy także pamiętać, że znaczna większość ofiar Stutthofu była bezpośrednimi i pośrednimi ofiarami wojny, w tym tysiące osób, które straciły życie w atakach powietrznych aliantów podczas ostatnich tygodni walki. Podobnie jak w przypadku Dachau, Buchenwaldu i innych niemieckich obozów, znaczna część tych, którzy zginęli w obozie głównym Stutthof, była ofiarami tyfusu i innych chorób, którym uległy w ostatnich miesiącach wojny.

Jak widać, większość ofiar Stutthofu najwyraźniej straciła życie w ponurych i pośpiesznie zorganizowanych ewakuacjach pieszo lub drogą morską. Choć były tak ciężkie, ewakuacje nie były częścią żadnej polityki zabijania. Pomimo wysokiej śmiertelności Stutthof nie był zorganizowany ani funkcjonował jako ośrodek eksterminacji, a wiele zgonów nie było wynikiem żadnej systematycznej polityki ani programu.
 

Na podstawie:

http://www.ihr.org/jhr/v16/v16n5p-2_Weber.html

https://www.jta.org/2019/11/19/global/child-holocaust-survivor-hugs-93-year-old-ss-guard-during-trial-in-germany

https://www.jpost.com/Diaspora/Florida-man-who-forgave-Nazi-guard-may-not-have-been-in-the-Holocaust-613617

https://pl.wikipedia.org/wiki/Stutthof_(KL)

KOMENTARZE

  • Autor
    Żydowski noblista Elie Wiesel przez całe swoje życie zaciekle walczył z wszelkimi próbami badań naukowych nad holocaustem. Twierdził wręcz, że „holocaust wymyka się jakimkolwiek badaniom historycznym, że jedynym wiarygodnym źródłem są świadectwa Żydów.”
    Wiesel był promotorem wydania przez Joska Lewinkopfa (szerzej znanego jako Jerzy Kosiński) paszkwilu na Polaków pt. "Malowany ptak".
  • @Drab61 17:37:49
    „jedynym wiarygodnym źródłem są świadectwa Żydów.”

    Wiele z tych „świadectw” jest bujdą wyssaną z palca. Złapani na kłamstwie twierdzą, że im się tak wydawało, a więc to musi być prawda. Ale przekaz poszedł w świat. I co im zrobisz?
  • @Lotna 19:06:42
    Problem polega na tym że Talmud (czyli święta księga żydów) nakazuje wręcz oszukiwać gojów (czyli nie żydów) i traktuje to jako obowiązek religijnego żyda. Żydzi dokładnie wiedzą że ten ich holokaust to lipa, wymyślona na użytek obrabiania nie żydów.
  • "Holokaust" czy eksterminacja
    Samo określenie "Holokaust" ma w tym kontekście wydźwięk propagandowy. Nie powinno się używać nieuzasadnionego historycznie terminu „Holokaust” (do tego pisanego z dużej litery) tylko np. terminu eksterminacja względnie wyniszczanie . Zawłaszczony przez „przemysł holokaustu” termin „Holokaust” sakralizuje wyłącznie żydowskie ofiary II WS a umniejsza znaczenie ofiar pochodzących z innych narodów (w tym ofiar polskich).

    Ponadto termin "Holokaust" (ofiara całopalna) w znaczeniu masowego wyniszczania ludzi został bowiem po raz pierwszy użyty przez cudzoziemców którzy, którzy już pod koniec XIX stulecia oburzali się na wieść o masakrach (faktycznym paleniu ludzi żywcem) , jakich dokonywano wówczas na Ormianach. Amerykańska misjonarka Corinna Schattuck, która była świadkiem spalenia żywcem prześladowanych Ormian, w liście do siostry pisała: „Nie sposób opisać mdlącego smrodu, jaki się wydobywał z gregoriańskiego kościoła, w którym dokonał się Holocaust”.

    „…Ormianie szukali często azylu przed krwawymi rzeziami w budynkach kościelnych, a te nie były oszczędzane przez Turków. W wielkiej ormiańskiej katedrze w Urfie, która mogła pomieścić w swoich murach ponad 8 tysięcy ludzi, oprawcy spalili około 3 tysięcy chroniących się tam chrześcijan. Przed egzekucją naigrawali się jeszcze z Chrystusa, wołając do zamkniętych wewnątrz Ormian: „Niechże Chrystus udowodni teraz, że jest większym prorokiem niż Mahomet”. …..

    Jak informował brytyjski dyplomata, G. H. Fitzmaurice, nawet po upływie dwóch miesięcy od tej masakry czuć było w całym mieście nieznośny swąd spalonych ludzkich ciał…”

    (G.Kucharczyk – „Pierwszy Holokaust XX wieku”)
  • widmo Wiesenthala
    "OSTATNIA SZANSA" SZYMONA WIESENTHALA
    Nasza Polska 4 sierpnia 2004 /fragmenty/

    "....Był agentem gestapo

    Oczywiście oficjalni biografowie - czy raczej hagiografowie - Wiesenthala milczą na ten temat, ale nawet w ich "dziełach" można znaleźć wiele poszlak, które potwierdzają tezy polskiego autora. Tadeusz Bednarczyk wyliczył też całą serię "cudów" w wojennym życiorysie swojego bohatera, któremu zawsze udawało się ujść z życiem, mimo iż dookoła masowo ginęli jego rodacy. Z tych "cudownych ocaleń" doświadczony żołnierz AK wyciąga zasadniczy wniosek: Wiesenthal był agentem gestapo, co - wbrew pozorom - wśród Żydów nie było rzadkością. Nie jest to zresztą teza nowa, bo jeszcze w latach 70. o współpracę z gestapo oskarżył Wiesenthala ówczesny kanclerz Austrii (żydowskiego pochodzenia!) Bruno Kreisky, odpowiadając w ten sposób na kłamliwe oskarżenia o zbrodnie wojenne pod adresem członków jego rządu.

    Kłamliwe oskarżenia są zresztą od pewnego czasu "specjalnością" Centrum Wiesenthala. Warto zauważyć, że przez pierwsze kilkanaście lat po wojnie instytucja ta ścigała ewidentnych zbrodniarzy niemieckich (na czele z Adolfem Eichmannem, porwanym z Argentyny przez Mosad i skazanym w Izraelu na karę śmierci) i za tę działalność płk Bednarczyk wyraził w książce swoją wdzięczność. Jednak od lat 70. Centrum skupia swoją uwagę na przedstawicielach innych narodów, które w różnym stopniu albo nawet wcale nie kolaborowały z Hitlerem. Dlatego wśród "ściganych" było coraz więcej osób z Europy Środkowej i Wschodniej, a jeżeli już atakowano jakichś Niemców, to głównie Austriaków, co zresztą spowodowało poważny konflikt kanclerza Kreisky'ego z Wiesenthalem i o mało nie doprowadziło do usunięcia jego Centrum z Wiednia, gdzie ma ono swoją siedzibę od 1961 r.

    Tę zmianę "strategii myśliwskiej" płk. Bednarczyk wiązał z umową podpisaną w 1952 r. przez kanclerza Niemiec Konrada Adenauera i prezydenta Izraela Chaima Weizmanna, na mocy której RFN zobowiązała się zapłacić kilkadziesiąt miliardów marek odszkodowania za holokaust Żydów. W ten sposób Niemcy "wykupili się" od odpowiedzialności za tę zbrodnię, a ponieważ "holokaust-biznes" jest dla żydowskiej elity zbyt dochodowym przedsięwzięciem, aby miała z niego rezygnować, toteż postanowiono przerzucić niemieckie winy na inne, słabsze narody.

    Trudno inaczej interpretować taką sprawę, jak oskarżenie polskiego emigranta mieszkającego w USA, Franciszka (Franka) Walusia, który w czasie wojny został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec, o to, że był... oficerem SS i mordercą Żydów. Trwający kilka lat (1977-1980) proces przeciwko Walusiowi ukazał nie tylko bezczelność Wiesenthala, ale i jego potężne wpływy w aparacie wymiaru sprawiedliwości USA. Np. żydowscy sędziowie uporczywie nie dopuszczali niemieckich dokumentów potwierdzających kilkuletnią pracę Polaka w Rzeszy. Sprawa była jednak tak ewidentna, że w końcu oskarżenie musiało zostać odrzucone, ale kilku lat poniżenia i ogromnych kosztów procesu nikt Walusiowi nie zwrócił....."
  • Firma Wiesenthal
    Tadeusz Bednarczyk - fragment książki "Wiesenthal contra Waluś, Demianiuk i inni" - Warszawa 1997

    Szymon Wiesenthal lub Simon Wiesenthal. Kim on jest naprawdę? Odnośnie nazwiska, pisał się w Polsce przed wojną Szymon Wiesental. Zmienił pisownię imienia i dodał literę h do nazwiska na początku lipca 1941 r. podczas hitlerowskiej okupacji Lwowa. Urodził się tuż przed północą, 31 grudnia 1908 r., w galicyjskim miasteczku Buczacz, mającym wtedy około 9 tysięcy mieszkańców, w tym 6 tysięcy Żydów, 2 tysiące Polaków i tysiąc Ukraińców. Ojciec jego byt kupcem handlującym słodyczami i jak wszyscy miejscowi Wschodni Żydzi, był ortodoksem. Chasydyzm i jego mistycyzm szerzył się w południowo-wschodniej Polsce od czasów rabi Nachmana z Brastawia, zmarłego w 1810 r. Rodzina Wiesentalów należała do zamożniejszych w miasteczku.

    Szymon rósł w cieple rodzinnym jako pupil. Miał niespełna sześć lat, gdy wybuchła wojna światowa 1914 roku. Jego ojciec wzięty do wojska był na froncie wschodnim, służył w komórkach austriackiego wywiadu. Zginął podczas nagłych ofensywnych wypadów rosyjskich w 1915 r. Wtedy też wielu Żydów, a szczególnie tych, którzy pochodzili z dawnych terenów polskich przejętych przez Rosję, uciekło na Zachód. Uciekła i matka Szymona, wraz z jego młodszym bratem i osiadła w Wiedniu, gdzie Szymon przez dwa lata chodził do szkoły. Tu uzyskał znajomość języka niemieckiego, używa go do dziś. W Galicji posługiwał się językiem polskim i żydowskim - czyli jidisz, będącym zniekształconą wersją języka niemieckiego.

    W 1917 r. po oswobodzeniu przez Niemców wschodniej Galicji matka z synami powróciła do Buczacza. Szymon zaczął uczęszczać do miejscowego gimnazjum. W latach 1918-1920 Buczacz cierpiał na trudności zaopatrzeniowe, żywnościowe, gdyż na tych terenach trwały zbrojne starcia z Ukraińcami, z Rosją. Wreszcie nastał pokój. Szymona interesowała tylko nauka. Uczył się dobrze. Już w gimnazjum stała się widoczna jego przyjaźń i miłość z Cylą Muller, rówieśniczką i koleżanką szkolną. Znajomi przepowiadali, że ci dwoje staną się małżeństwem. Tymczasem w 1925 roku nastąpiło rozstanie, gdyż matka Szymona wyszła ponownie za mąż, za właściciela cegielni w miejscowości Dolina na Podkarpaciu i przeprowadziła się tam. Były tu piękne okolice. Ich uroki Szymon odkrywał w licznych wędrówkach pieszych, a nawet i konnych. W 1928 roku zdał maturę. Nie dostał się na Politechnikę Lwowską, a będąc dobrze sytuowany, wyjechał na studia do Pragi Czeskiej, do Wyższej Szkoły Technicznej. Chciał być architektem. W Pradze nauka szła mu słabo, przez cztery lata nie zdołał w pełni ukończyć szkoły i w 1932 roku wrócił do Lwowa. Narastał światowy kryzys ekonomiczny, odbiło się to i na Polsce. Skończyły się pieniądze na jego studia. W Pradze prowadził dość wesołe życic towarzysko-kawiarniane. Było to kosztowne, nie starczały domowe apanaże. Nawinęło mu się wygodne źródło łatwych dochodów- zaczął pracować na rzecz polskiego II Oddziału, wywiadu. Koledzy go nie lubili. Szybko się zorientowali w jego powiązaniach i zaczęli go unikać jako szpiega i donosiciela. Praca w polskim wywiadzie będzie dla niego dobrą szkołą i doświadczeniem dla powojennej działalności. W pracy wywiadowczej Wiesental działał zapewne głównie na odcinku ukraińskim, gdyż takie było duże zapotrzebowanie Oddziału II. W Czechosłowacji usadowiła się bowiem główna baza wywiadu i dywersji ukraińskiej na Polskę, ze szczególnym uwzględnieniem Galicji. Nacjonaliści ukraińscy spod znaku UWO - Ukraińska Wojskowa Organizacja - właśnie w Czechosłowacji zorganizowali antypolskie ośrodki za pieniądze niemieckiej Abwehry. Do tej dywersyjnej roboty poza UWO wciągnięta była i młodzież ukraińska studiująca w Czechosłowacji, a zorganizowana w nacjonalistycznej organizacji SUNM — Sojusz Ukraińskiej Nacjonalistycznej Młodzieży. Robotę tę od 1929 r. kontynuowała OUN - Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów powstała w Pradze Czeskiej z połączenia się kilku organizacji nacjonalistycznych, w tym też UWO, SUNM, LUN i inne. Przywódcą OUN był Ewhen Konowalec z siedzibą w Berlinie. Galicja Wschodnia w okresie międzywojennym była podminowana sabotażem i dywersją ukraińską. Długa i górzysta granica ze Słowacją ułatwiała przenikanie do Galicji szpiegów i dywersantów ukraińskich, nawet legalnie w ramach małego ruchu granicznego. Rozpoznawanie tych szpiegów było pilną robotą polskiego wywiadu.

    Wiesental do tego się nadawał, gdyż mieszkał długo w miejscowości Dolina w pasie nadgranicznym, miał duże znajomości z Ukraińcami. Do tego Ukraińcy, oprócz oderwania wschodniej Galicji od Polski, głosili hasła wypędzenia i wymordowania w Galicji Polaków i Żydów, co w szerokiej praktyce wprowadzili w czyn podczas II wojny światowej u boku hitlerowców. Zatem wobec Wiesentala polski wywiad miał 2 argumenty: pieniądze dla weselszego trybu życia oraz ideowość i samoobrona Żyda wobec ukraińskich gróźb eksterminacyjnych. W tych warunkach został on agentem polskiego wywiadu przez 4 lata na terenie Czechosłowacji, a od jesieni 1932 r. także w Polsce, we Lwowie. Tutaj zapisał się na 5 semestr Politechniki. Nauka nadal mu nic szła, nic ukończył studiów. Mimo to, w 1033 roku założył we Lwowie własną firmę budowlaną. Zajmował się głównie budową willi. Wrócił też do swojej wybranki. W 1936 roku ożenił się z Cylą Muller. Choć to mało logiczne, ale był on sympatykiem niemczyzny (było to chorobą inteligencji żydowskiej), okazywał ją stale.

    Z radością powitał zajęcie Sudetów przez Niemcy, a następnie całych Czech. Wyrażanie takich sympatii nie szkodziło mu na terenie Lwowa, gdyż z jednej strony sanacyjna Polska kontynuowała fatalną politykę ministra Becka nieżyczliwości dla Czechów, a z drugiej - miał on nadal kontakty i poparcie miejscowych organów II Oddziału (Samodzielny Referat Informacyjny D.O.K. IV). Wywiad mu pomógł — zezwolono Wiesentalowi prowadzić firmę projektowo-budowlaną, chociaż nie miał dyplomu inżyniera. Żył wtedy w dobrobycie, wykazywał zarobki rzędu 800 zł miesięcznie. Wywiad ułatwiał mu okolicznościowe wyjazdy do Pragi Czeskiej, byt więc w stałej z nim współpracy.

    Nadeszła II wojna światowa. Dnia 21 września 1939 r. wojska radzieckie zajęły Lwów. W nowej sytuacji Wiesental umiał się znaleźć. Jako wieloletni mieszkaniec i do tego zamożny, miał dobre rozeznanie wśród polskiego środowiska zamożnych obywateli i grup politycznych. Dostarczał więc władzom informacji o grupach prawicowych, (stał się wtedy łowcą endeków), oraz o ludziach z zamożnego mieszczaństwa i partii politycznych. Wszyscy wskazani przez niego ludzie, zostali jako element niepożądany, wywiezieni do pracy na Syberię. Władze radzieckie do niepożądanych zaliczyli też i zamożne mieszczaństwo żydowskie, oraz wolne zawody. Tych też wywieziono. Wiesental został, jego rodziny nie wywieziono, choć należał do tej kategorii. W szeregu cudów na jego drodze życiowej to cud pierwszy. Wiesental nie tylko ocalał, ale dostał dobrą pracę technika i mógł kontynuować studia na Politechnice. Najwidoczniej stał się faworytem nowej władzy-jej agentem. Zarobki jego miały wtedy wynosić 1500 rubli miesięcznie. Dużo-sam tak podał. Sporną sprawą jest jego dyplom i tytuł „dyplomowany inżynier architekt". Jesienią 1939 r. nie miał ukończonej Politechniki. Według jego wyjaśnień jakie w 1980 roku złożył w wytoczonej mu w sądzie wiedeńskim sprawie karnej o nieprawne używanie tego tytułu (przy okazji obmówił Polaków, jakimi to byli antysemitami, bo z ogólnej ilości Żydów w Polsce 10%, to tylko 10% mogło studiować, ale na medycynie i architekturze było jeszcze gorzej, dlatego studiował w Pradze; podobnie zresztą przy innych okazjach obmawiał Rosjan, potępiał komunizm) złożył pracę dyplomową w czerwcu 1940 r., był to projekt budynku ambulatorium tuberkulozy, a w lipcu 1940 r. ponoć uzyskał dyplom, jak sam oświadczył. Ukończenie Politechniki potwierdził mu dnia 14.1.1949 r. rektor Politechniki w Gliwicach, która przejęła lwowskie dokumenty. Tu nasuwa się następująca niejasność: dlaczego mając przyznany dyplom w lipcu 1940 r. nie odebrał go do lipca 1941 r. i zachował indeks studencki? Politechnika Gliwicka potwierdziła mu dyplom na podstawie listy absolwentów promowanych. Ale kiedy powstał ten ostateczny zapis? Czynie w końcu czerwca 1941 r. tuż przed wkroczeniem wojsk niemieckich, gdy w takiej sytuacji dobrotliwi profesorowie zamykali formalnie sprawy swoich absolwentów? Nie można dostać dyplomu nie oddając indeksu. To jest już drugi cud w życiorysie Wiesentala! Łatwość, z jaką zrobił z siebie dyplomowanego inżyniera, ma swoje wcześniejsze wcielenia. Już przy ul. 3 Maja 36, gdzie miał swoje biuro, bez żenady reklamował się na dużym szyldzie —„Szymon Wiesental Architekt". Zatem przed ukończeniem Politechniki kazał się już tytułować architektem - z ustnym dodatkiem inżynier, zupełnie nie przeszkadzało mu to, że bezprawnie. Tytuł podbudowywał jego biznes, był więc potrzebny i pomocny dla wzmacniania zaufania u klientów.

    W życiorysie Wiesentala spotykamy informację o wysłaniu go w roku 1940 do Odessy, na jakiś kurs. Co to za kurs? Jakiego wtajemniczenia? Ile trwał? Kto płacił? W każdym razie musiał Wiesental mieć jakieś „uznane zadania", bowiem nadal cieszył się poparciem władz sowieckich; zwykłego obywatela, nie agenta, nie wysłanoby. Wiesental - mówi jedna z pogłosek - 24 września 1939 roku zastrzelił we Lwowie, będącego w cywilnym przebraniu polskiego kapitana Adama Zwierzchowskiego (relacja Fr. K.). Ten fakt ustawiałby go jako ważnego agenta władz policyjnych, upoważnionego do posiadania broni. Dobrze powodziło się Wiesentalowi we Lwowie aż do wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i wkroczenia do Lwowa Niemców i Węgrów jako sojuszników Hitlera. Wówczas dodał sobie do nazwiska literę h, skrócił imię na Simon i udawał Austriaka. Ominęła go dzięki temu niemiecka trzydniowa masakra polskiej inteligencji, ominęły go szykany antyżydowskie. Aż nagle 6 lipca 1941 roku został aresztowany i osadzony w więzieniu w Brigitkach. Sam Wiesenthal nie precyzował, kto go aresztował. Wiadomo jednak, że aresztowała go ukraińska policja. Siedział wraz ze swym przyjacielem Grossem. Ukraińcy wówczas przez tydzień masowo rozstrzeliwali aresztowanych Żydów i Polaków. Jego i Grossa - nie. I nagle jak szybko aresztowany, tak szybko został wypuszczony. Czyżby nie mieli podejrzeń o jego współpracy z polskim wywiadem? To jest kolejny cud - trzeci w życiorysie Wiesenthala! Kto - co za ważna figura - był w stanie interweniować, aby wypuścić więźnia i to w gorącym, pierwszym tygodniu okupacji miasta? Kiedy leciały głowy tysięcy ludzi, polskiej inteligencji, profesorów, kogo by interesował jakiś niepełnego wykształcenia architekt i przy tym Żyd? Jedyne logiczne wytłumaczenie - mogła to być tylko policja niemiecka, nadrzędna nad ukraińską, znająca go, licząca na niego na przyszłość. Niemcy chronią Żyda? I to Żyda znanego z aktywności politycznej w okresie 1939-1941 ? Nieprawdopodobne! Ale to paradoks pozorny. A jednak, gdy sobie przypomnimy cztery lata Wiesenthala w Pradze Czeskiej, jego koneksje i znajomości niemieckie oraz węgierskie z tego okresu, jak manifestował swoją radość z upadku Czechosłowacji, to krąg podejrzenia można zamknąć. Wiesenthal już wtedy miał jakieś bliższe powiązania z Niemcami.

    Zatem był tajnym agentem na trzy strony - polskim, radzieckim i niemieckim. Którym prawdziwym? A no z perspektywy lat wynika, że tylko niemieckim, bo o Polakach, Rosjanach i Słowianach do dziś mówi z nienawiścią. Gdy o Niemcach - niezmiennie dobrze - choć szuka między nimi przestępców wojennych jako „Nazihunter" - łowca nazistów. Jest i druga wersja tego zdarzenia, sporządzona przez przyjaciół Wiesenthala, bajkowa. Otóż w więzieniu spostrzegł Wiesenthala ukraiński policjant Bodnar - z batalionu „Nachtigall" - i on uratował go razem z Grossem - znajomym Abrama Gancweicha. Według biografa Wiesenthala Wechsberga, Bodnar miał obmyślić następujące rozwiązanie: Bodnar melduje w więzieniu, że w Wiesenthalu i Grossie rozpoznał dwu rosyjskich szpiegów! (propozycja nie bez kozery), wtedy, wprawdzie na miejscu ich obiją, ale następnie zmuszeni będą kazać ich odprowadzić do ukraińskiego komisariatu na badania. I stało się według tego filmowego scenariusza. Wiesenthal ponoć stracił przy biciu dwa zęby. Bodnar - dawny pracownik „architekta" Wiescnthala - odprowadzając aresztowanych do ukraińskiego komisariatu, pozwolił im uciec -jak uszło mu to płazem?

    Która wersja prawdziwa? Najważniejsze są powtarzające się jego powiązania z policją radziecką. To już coś pewnego. Ale też powiązania z Niemcami, choć może się wydawać karkołomne, ale nic przy tak złożonej, przewrotnej osobowości Wiesenthala nie dziwi. Nie dziwi zwłaszcza gdyż wiadomo, że Gancweich i Gross to znani żydowscy agenci gestapo, działający na terenie G.G.

    10 lipca 1941 roku Wiesenthal zmuszony jest zgłosić się jako Żyd do urzędu pracy. Skierowany zostaje do pracy dla Niemców. W sierpniu tego roku został wyrzucony z mieszkania przez mundurowego Niemca i prostytutkę, którzy zabrali mu całe wyposażenie mieszkania. Wówczas przeniósł się z żoną i matką do getta. Z getta wzięto go do pracy w warsztacie naprawy lokomotyw kolei wschodnich -„Ostbahn", gdzie pracował jako lakiernik. Pewnego dnia zauważył go szef warsztatu Reichsdeutsch, późniejszy prezydent Związku Kolei Niemieckich Henryk Guntert. Co było dalej opisuję w streszczonym przekładzie z zapisu zeznań, jakie Wiesenthal złożył w Sądzie w Wiedniu w grudniu 1980 roku. Szef, widząc jak on dobrze rysuje, spytał go jaką ukończył szkołę. Wiesenthal opowiedział, że szkołę zawodową. Pracujący obok robotnik powiedział, że Wiesenthal jest inżynierem. Szef zapytał go wtedy dlaczego skłamał? Odparł na to Niemcowi, że chyba wie, co stało się z inteligencją żydowską, dlatego ukrywa swój zawód. Szef go zapewnił, że w jego zakładzie prześladowania nie mogą mieć miejsca. Zawołał kierownika działu Rehberga (obecnie jest on w Głównej Radzie Zarządzającej Związku Niemieckich Kolei) i kazał włączyć Wiesenthala jako pracownika tych warsztatów. Sporządzał tam plany inżynieryjne, choć jako Żyd nie mógł ich podpisywać. Dzięki pomocy inż. Gunterta, dyrektora warsztatów kolei wschodnich Galicji - zeznaje Wiesenthal -właściwie przeżyłem. Nie musiałem ciężko fizycznie pracować jak inni. Cud to czwarty! Dalej było jeszcze ciekawiej. Kilku folksdojczów, którzy pracowali z nim w zarządzie oświadczyło, że nie mogą siedzieć razem z Żydem. Wtedy warsztaty dużo budowały, Wiesenthal byt bardzo potrzebny. Więc w biurze budowlanym pewnej współpracującej z koleją firmy wzięto jeden pokój specjalnie dla Wiesenthala. Odtąd siedział sam (jak dyrektor), a przełożeni donosili mu codziennie sprawy do załatwienia. Po wykonaniu pracy odnosił ją swoim szefom. Było mu cicho, spokojnie i bezpiecznie.

    20 października 1941 roku został przerzucony z żoną do obozu pracy zwanego Janowskim (był on położony przy ul. Janowskiej we Lwowie), matka została w getcie, gdzie zginęła bez pomocy. Obóz Janowski, jak i inne, następne, Wiesenthal nazywa błędnie obozami koncentracyjnymi. Nie znaczy to, że były „architekt", nie odróżnia obozu pracy od koncentracyjnego. Oznacza to co innego - że tym sposobem wytargował sobie w RFN wyższe odszkodowanie, za cięższe cierpienia, bo przebyte nie w zwykłym a w koncentracyjnym obozie pracy. Z powodu wielkiego natężenia robót w warsztatach naprawczych lokomotyw dla potrzeb frontu wschodniego, wprowadzono trzyzmianową pracę i skoszarowano w warsztatach stu Żydów, w tym i Wiesenthala. Żona pozostała w obozie. Z tym obozem, jego tam pobytem, jest mnóstwo wątpliwości, sprzeczności, znaków zapytania. A więc - miał Wiesenthal powiązania z polskim ruchem oporu, i to widać dobre, skoro dostawał pistolety, skoro w biurku swego szefa, inspektora Adolfa Kohirautza przechowywał w pracy własne dwa pistolety. W obozie była żydowska grupa bojowa pod dowództwem dr Michała Maksymiliana Borwicza (Boruchowicza), poszukująca kontaktów z Polakami przez Żydów, chodzących na zewnętrzne placówki pracy, by zdobyć przez nich broń, było to niebezpieczne - bojowcy przy tym ginęli, jak pisał o tym Borwicz. Borwicz to poeta, historyk losów obozu Janowskiego i w ogóle losów Żydów za okupacji, a w 1943 roku dowódca Oddziałów Bojowych PPS - czyli AK—w Miechowskim, zatem człowiek wybitny i ideowy. Czy Borwicz jako inteligent nie szukałby współpracy z inteligentem Wiesenthalem?

    Wśród malej garstki ludzi, znających się wzajemnie doskonale? A skoro tego kontaktu nie było, to dlaczego? Dlatego może, że ludzie podziemnego frontu mieli podejrzenia o współpracy Wiesenthala z policją radziecką, albo jeszcze gorzej - o współpracę z Niemcami. Trzymanie się z dala od Wiesenthala nic wynikało przecież z moralnego potępienia go za egoistyczne porzucenie matki, bo egoizm wtedy w ocenach ogółu Żydów przestał być cechą ujemna, każdy ratował tylko siebie. Wiesenthal miał łatwe i dobre kontakty z polskim podziemiem, skoro nic tylko dostawał bezcenną wówczas broń - w tym 2 pistolety na własność, ale nawet otrzymywał inną znaczną pomoc. W 1942 roku przerzucono jego żonę do Warszawy. Ukrywała się przy ul. Topiel 5, aż do Powstania 1944 roku, pod nazwiskiem Irena Kowalska. Polski przyjaciel, Szatkowski, wyrobił jej papiery aryjskie i przywiózł do Warszawy. Był ich łącznikiem, odbierał jej listy i przynosił jemu, i odwrotnie. Postawę Wiesenthala wobec obozu Janowskiego należy zatem uznać za zdradę narodową, skoro nie współpracował z jego ruchem oporu, nie chciał mu pomagać. Na potępiające sądy nakładają się podejrzenia o jego znajomości z Abramcm Gancweichem, największym zdrajcą i gestapowcem żydowskim w całej GG, mającym stałą siedzibę w getcie warszawskim. Ten Żyd wysługujący się hitlerowcom był wypożyczony jako fachman również do Lwowa. Znajomość ta była powiązana przez jego przyjaciela Grossa, agenta gestapo.

    Jak opisał to dr Borwicz w książce pt. „ Uniwersytet zbirów" (wydanej w 1946 r. w Krakowie, przez Wojewódzką Żydowską Komisję Historyczną) - obóz Janowski, pod rządami Untersturmfuhrera Willhausa, był bardzo hermetyczny, uciec z niego było prawie niemożliwe. A udało się to Wiesenthalowi i jego żonie. To cud piąty! Żydów skoszarowanych, co pewien czas Willhaus odbierał i częściowo mordował, ogólnie wymordowano w tym rejonie około 200 tysięcy osób. Wiesenthal z żoną ocalał i Ostbahnwerke wyreklamowywały go do pracy. Wątpliwe, żeby reklamowano go tylko jako inżyniera. Za tym szyldem musiały kryć się inne jego usługi, natury sekretnej. Jak mogło być inaczej, skoro dwa pistolety Wiesenthal przechowywał w biurku bezpośredniego szefa, Kohlrautza... i za jego zgodą? Podkreśla bezkrytycznie ten moment i jego biograf Wechsberg, nie rozumiejąc, że jest to dowód przeciw Wiesenthalowi. ... A może dowiemy się kiedyś, że dzielny Wiesenthal organizował z Kohlrautzem niemiecki ruch oporu? Niemiec - to też kuriozum - przekazywał mu komunikaty radia BBC. Kolejna wątpliwość i cud następny to sprawa ucieczki z warsztatów naprawczych. Według zeznania Wiesenthala złożonego w Sądzie (str. 13) uciekł on wiosną 1943 roku i ukrywał się we Lwowie w mieszkaniu Żydów, zameldowanych tam na aryjskich - polskich papierach. Ale przyszła na tę dzielnicę obława, Wiesenthal ukrył się w skrytce pod podłogą. Szczegółowa rewizja wykryła jego schowek i schowek dwojga znajomych. Niemcy wyciągnęli ukrytych - i nie zastrzelili ich na miejscu, jak było w zwyczaju a nawet w obowiązku, tylko normalnie odwieźli do obozu Janowskiego. Dlaczego? Szósty cud! Polega on na tym, że Wiesenthal, gdy został odkryty, po prostu zgłosił, ze jest agentem gestapo, powołując się na nazwisko zwierzchnika. Niemcy nie mogli go zastrzelić bez sprawdzenia i odstawienia do obozu. Dzięki temu uratował się i przy okazji uratował tych dwoje ludzi. Nic podaje ich nazwisk, bo może żyją i zeznawali by inaczej, niż on, ujawniliby jego gestapowskie alibi, i to dopiero byłaby wpadka! Inaczej przedstawia te wydarzenia biograf Wiesenthala, Wechsberg. Według niego jesienią 1943 roku, gdy tylko zaczęto deportować Żydów, do Wiesenthala zwrócił się Kohlrautz i powiedział: „Na co pan jeszcze czeka ". Wydał mu przepustkę do załatwienia spraw zaopatrzeniowych warsztatów i wysłał do miasta z ukraińskim policjantem, trochę głupkowatym. Wiesenthal po prostu mu uciekł i następnie ukrył u wzmiankowanej już rodziny. Rozbieżność w czasie - tam wiosna, tu jesień i to październik — nie ma wyjaśnienia. Bez dalszego ciągu jest historia dwu pistoletów — gdzie się podziały? Po co mu były, skoro się nimi nie posługiwał ? Ażeby uspokoić wątpliwości należy je złożyć do grobu. Tak też Wiesenthal uczynił. Podał Wechsbergowi, że wkrótce Kohlrautz-w głębi duszy hitlerowiec - zgłosił się dobrowolnie na front, uważając to za swój obowiązek i tam zginął. Ślady zostały zatarte, natomiast pozostały bajki o takim hitlerowcu, który chce walczyć na froncie, a także potrafi spokojnie patrzeć na dwa pistolety w swoim biurku należące do Żyda i pomaga temu Żydowi żyć w spokoju, uciekać, ukrywać się, słucha radia BBC i przekazuje mu stamtąd komunikaty! W innej publikacji, dotyczącej tego samego epizodu w cudami słynącym życiorysie Wiesenthala podaje, że z bronią w ręku wyrwał się z obozu. To już absurd absurdalny! Następnie -wg zeznań sądowych (str. 14) -Wiesenthal wpadł w obozie w ręce referenta do spraw żydowskich w gestapo, nazwiskiem Waltke. Byt to sadysta, który go torturował, więc w rozpaczy podciął sobie żyły na rękach. I o dziwo, sadysta zamiast pozwolić Wiesenthalowi wykrwawić się i umrzeć - co przecież było jego celem - ratuje go, wiezie do szpitala. Po zakończonym leczeniu Wiesenthal przebywa nadal w więzieniu, spokojnie. Czyż to nie nowy, siódmy już cud! Sadysta niby chciał zabić, a nie zabił, a do tego ratował go, by mógł żyć, gdyż musiał on dla nich dalej pracować.

    Można też i inaczej interpretować zdarzenie - logicznie rozumując: widok krwawiącego Wiesenthala był właściwą reklamą wśród zwykłych więźniów - mogli go uważać za ofiarę gestapo, nabrać do niego większego zaufania, nie kryć się z tajemnicami, które on przekazywałby Niemcom. W tym więzieniu przesiedział spokojnie do połowy lipca 1944 roku, kiedy to nastąpiła ofensywa radziecka na Lwów. Wtedy SS-mani i gestapowcy zestawili grupę 50 Żydów i koleją przetransportowali ich do Przemyśla, skąd szli z nimi na piechotę w kierunku Sanoka, dalej do Grybowa i Gorlic. Tam budowali przeciwczołgowe zapory drogowe. Żydów tych nazywali swoim skarbem i tak też traktowali. Później, pod Nowym Sączem, pracowali przy umocnieniach polowych i antyczołgowych. I nagle pewnego dnia -jak dalej brzmi legenda - przybył do nich i znajdującego się obok obozu SS jakiś generał Wehrmachtu, rozwiązał zgrupowanie Żydów, odsyłając ich do obozu w Płaszowie, natomiast SS-manów wysłał na front odległy o kilka dni marszu. Działo się to ponoć 1 września 1944 r. Piękna ta opowieść rozmija się z realiami. Pierwsze — żaden generał Wehrmachtu nic mógł wtrącać się do SS i spraw obozów karnych i pracy. Drugie: do budowy zapór drogowych Niemcy nie używali więźniów, a dobrowolnych pomocników. Zatem Wiesenthal i tych 50 Żydów mogli być traktowani tylko jako pomocnicy dobrowolni, tzn. Hivis (Hilfs willige). Do Plaszowa przekazano ich nic 50 a 33. Czy reszta zginęła? Nie. Zostali tu przydzieleni do specjalnego komanda, które miało za zadanie rozkopać masowe miejscowe groby i ciała spalić.

    15 października, na skutek zbliżającego się frontu, rozpoczęło się stopniowe ewakuowanie obozu w Płaszowic, który Wiesenthal nazywa rozmyślnie mylnie obozem koncentracyjnym. Przesłano go do Oświęcimia (nie figuruje w jego kartotece), a po kilku dniach do obozu w Gross-Rosen. W tym obozie pracował na budowie - tu przez przypadek trafił do karnego komanda, którym kierował zawodowy przestępca, Vogel z Hamburga. Ten miał zwyczaj zabić codziennie jakiegoś więźnia kamieniem. Usiłował zabić też i Wiescnthala, tylko kamień wysuną} mu się z rąk i zamiast uderzyć w głowę, upadł na nogę, miażdżąc palec. I tu jawi się nowy szczęśliwy przypadek w życiu Wicsenthala - akurat wtedy podeszła grupka kontrolująca i uratowała go od powtórnego uderzenia kamieniem. Został odesłany na rewir, czyli do szpitala obozowego. Tam lekarz -więzień, nie mając ani potrzebnych narzędzi, ani lekarstw, obciął mu zmiażdżony palec zwykłymi nożyczkami. Nastąpiło wskutek tego zakażenie krwi, stopa spuchła, co później uleczono przecinając to miejsce nożem kuchennym. Zatem nowy, ósmy cud! A po prostu komisja to oficerowie polityczni, którzy uratowali Wiesenthalajako swojego człowieka, otoczyli opieką. Dzięki chorobie zwolnili Wiescnthala od cięższych robót. Więzień obija się, dobrzeje aż do początków stycznia 1945 roku, kiedy zagrożony obóz ewakuowano. Do Chcmnitz szli na piechotę, polami, lasami; dalej do Weimaru i aż do obozu koncentracyjnego w Buchcnwaldzie. Tysiące ludzi zmarło z zimna po drodze. Wiesenthal miał flcgmony na nogach, ale fizycznie czuł się dobrze, byt wypoczęty, dożywiony. 3 lutego Niemcy załadowali 3 tysiące więźniów i otwartymi samochodami ciężarowymi wieźli ich do Mauthausen przez sześć dni. Jego jako Jugosłowianina. Co jest nowym 9 cudem. Drogę tę biografowie szefa Dokumentationszentrum przedstawiają różnie. Sam Wiesenthal w zeznaniu sądowym podał, że w październiku 1944 roku przestano go do Oświęcimia, potem do Gross-Rosen, w połowie stycznia 1945 r. na piechotę do Drezna, skąd część więźniów wysiano do Buchenwaldu wraz z nim, gdzie był osiem dni i zabrano go z grupą do Mauthausen. Wszędzie rozbieżności w datach. A do tego pobyty w tych obozach koncentracyjnych są niesprawdzalne -Wiesenthal nigdzie nie figuruje (za wyjątkiem Mauthausen). Niemniej Wiesenthalowi zalicza się do martyrologii aż tyle obozów i dla ustalenia wysokiego odszkodowania mnoży cierpienia, z palcem u nogi włącznie. Tymczasem jego status więźnia budzi u wielu ludzi wątpliwości. Wielu uważało go za agenta gestapo, donosiciela, nawet za kapo w Mauthausen - wskazywał na to jego dobry, protekcyjny stan fizyczny. Taką informację osobiście przekazało Walusiowi kilku współwięźniów Wiesenthala. Wypowiedzi te są zarejestrowane. W normalniejszych układach, do nowego dziewiątego cudu należałoby zaliczyć znalezienie przez gestapowca, w drodze odwrotu ze Lwowa, pamiętnika Wiesenthala z negatywnymi wypowiedziami o gestapowcach i nie zastrzelenie go na miejscu. Gestapowiec nie mógł lekką ręką zastrzelić oddanego im współpracownika, kończyła się wojna i ich wpływy, więc potraktował te uwagi jako alibi szykowane sobie przez Wiesenthala na zbliżającą się nieznaną przyszłość. Dlatego go nie zastrzelił -jak to zrobiłby normalnie, ale to potwierdza bliskość jego powiązań z gestapo, jest to kolejne potwierdzenie tego wstydliwego faktu, agenturalności. Wszystkie cudowne uratowania wskazują, że był on faworyzowany i dożywiany jako tajny agent gestapo! Nie ma innego logicznego wytłumaczenia dla tyłu cudowności i „zbiegów szczęśliwych przypadków", gdy dookoła ludzie ginęli tysiącami za byle drobiazg i z wyczerpania. Zresztą do powszechnej praktyki u Niemców należało organizowanie grup kolaboranckich, wtyczek, także w obozach i więzieniach. Zaś getta żydowskie wprost roiły się od różnej maści kolaborantów, od urzędników gminy po policjantów i specjalnych żydowskich gestapowców, nawet takich, którzy jak m.in. Hening mieli swoją kilkudziesięcioosobową grupę i gabinet w siedzibie gestapo w Warszawie. Nie mówiąc już o całej formacji żydowskich gestapowców, która w liczbie ponad 1000 osób występowała w getcie warszawskim pod nazwą „Żagiew". I którą zwalczał ŻZW i OW-KB-AK przy moim udziale. Patrz Wielka Encyklopedia Powszechna hasło „Żagiew". Oni mieli przydzielone służbowe pistolety, legitymacje koloru pąsowego z wpisanym numerem pistoletu służbowego... Dwa pistolety, jakie miał Wiesenthal u Kohlrautza, z powodzeniem mogły więc być jego bronią służbową, agenta gestapo i dlatego Niemiec je przechowywał. Jako architekt hohsztaplerki Wiesenthal jest genialny. Umiał pozbywać się ludzi sobie niewygodnych. Także usuwał ze swej drogi więźniów wiedzących o nim za dużo. Ukrywał w obozach na terenie rdzennych Niemiec swoje żydowskie pochodzenie, a nosił w Mauthausen literkę J czyli Jugosłowianin z Nr 127371. To pewne: nie mógł tego zrobić bez zgody Niemców. Co już można uważać za wprost koronny dowód, że byt agentem gestapo. Przy metodyczności Niemców nie mogłoby dojść do takiej pomyłki. Byt zaplanowany jako agent do tych obozów, jako wtyczka, więc musiał zmienić skórę na Jugosłowianina. Hitlerowcy nie tylko takie maskujące numery organizowali swoim zaufanym Żydom. Np. w Warszawie, po tzw. aferze Hotelu Polskiego i wyłapaniu - pod pretekstem wypuszczenia zagranicę - 2 do 3000 Żydów z paszportami zagranicznymi - z których większość została wymordowana - Niemcy wysłali na drugą półkulę kilkunastu swoich żydowskich agentów ze zdobytymi paszportami obywateli Ameryki Południowej, dla szerzenia tam dezinformacji o losie Żydów w Polsce. Żyją tam do dziś, podobnie jak inni znani kolaboranci: Adam Żurawin w USA, czy Hilfstein i Weichert w Izraelu. Tylko nie powiodło się agentowi Eichmanna, Rudolfowi Kastnerowi z Węgier, bo oburzony na taką bezkarność zastrzelił go w Izraelu Michael Grunwald. Wiesenthal ocalał. Dalsze losy Wiesenthala kształtują się już na wolności, szerzej opisałem je na początku tej książki w formie wprowadzenia do tematu. Zostaje on oswobodzony z Mauthausen przez czołgi amerykańskie 5 maja 1945 r. Po dojściu do równowagi psychicznej i częściowo fizycznej -jak powiada-zgłosił się do biura Komisji Przestępców Wojennych i zaofiarował swoje usługi. Amerykanie przyjęli go. W następnych miesiącach zbierał materiały dowodowe przestępstw, które wkrótce zostały wykorzystane przez Sąd Wojskowy USA przy procesie przestępców wojennych z Dachau. Ponieważ Mauthausen należało do sfery okupacyjnej sowieckiej, więc jego grupę poszukiwawczą przeniesiono do Linzu, do strefy amerykańskiej. Wtedy też wielu Żydów, więźniów z Mauthausen, zbierano w miasteczku Leonding w pobliżu Linzu, dając im na mieszkanie budynek miejscowej szkoły, w której akurat kiedyś uczył się Adolf Hitler. Wiesenthal mieszkał tam wraz z innymi, spali na łóżkach polowych. Do południa pracował on u Amerykanów, a po południu w nowo powstałym Komitecie żydowskim w Linzu. Od mieszkańców tego schroniska zbierał relacje dowodowe, opisy fiziognomii i wyczynów poszczególnych gestapowców. Ludzie ci byli rozbitkami, bezwolni, nie wiedzieli co z sobą zrobić, wszyscy schorowani. Wszelka łączność ze światem była utrudniona, telefony tylko dla wojska, kolej zdezelowana, wagony bez szyb. W takich okolicznościach Wiesenthal rozpoczął poszukiwania żony. Jego żona tymczasem ściągnęła do Krakowa, gdzie wypytywała o męża. Zatrzymała się u dr. Bienera. Bojąc się jechać do Polski (dlaczego? czy to strach polityczny i sumienia?) Wiesenthal posłużył się pośrednikiem - dr Weisbergiem. Oprócz oporów wewnętrznych przed podróżą do Polski, zaistniał o wiele silniejszy powód - kapitan, jego zwierzchnik z „amerykańskiej tajnej służby" (czyli wywiadu), odmówił przepustki na taki wyjazd (czyżby ostrożność?). FelixWeisberg odnalazł żonę Wiesenthala i przywiózł do Linzu. Podam w tym miejscu dane personalne Wiesenthala i jego żony Cyli wg arkusza jego starań o zapomogę, z datą 16 I 1949 r. i obok drugiej -z 31.1Z.1948 gdyż różnią się one u jego żony z dotychczasowymi danymi. A więc obywatelstwo-Polak, Żyd, on urodzony 31.12.1908, ona 9.8.1908 r. w Buczaczu-Polska, zaś córka Paulina Rosa ur. 5.9.1946 r. w Linzu-Austria. Swoją działalność zawodową Wiesenthal przedstawił następująco- 1933-1939 kierownik budowy z pensją 800 zł miesięcznie w stolarskiej fabryce budowlanej we Lwowie - Polska. XII 1939- IV 1940 r. architekt - 1500 rubli mieś. - Rosja-Odessa. Zatem nie podał, że miał szyld architekta przed wojną - czyli bezprawnie, a tylko że jako architekt pracował w Odessie. Podał się też jako architekt w okresie IV 1940 - 30 VI 1941 r. - Lwów - Polska 30 VI 1941 - 20. XI 1941 bez pracy - Lwów - Polska - (rzekomy) obóz koncentracyjny. 20 XI 1941 - 2 X 1943 r.-obóz koncentracyjny (?) -Lwów-Polska i ucieczka 2 X 1943-III 1944 r. partyzant w lesie, walczył przeciw Niemcom (?!?) III 1944 _VI 1944 w kryjówce we Lwowie-Polska. 13 VI 1944-5.5.1945 r.-w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu, Gross-Rosen, Buchenwaldzic i Mauthausen. Tu muszę od razu sprostować w oparciu o dokument Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie z dnia 24.V 1976 r., w oparciu o dokumentację w Arolsen, że był on w obozach koncentracyjnych tylko w Gross-Rosen w okresie od 15 X 1944 i miał numer 74555, a od 14/15 II 1945 r. w Mauthausen z Nr 127371, oswobodzony 5 V 1945 r. Dalsze dane personalne podane przez Wiesenthala: 1928-1932 Czeska Wyższa Szkoła Techniczna w Pradze - bez danych ojej ukończeniu, 1934-1939 Politechnika we Lwowie w Polsce, dyplom - inżynier architekt. Żona - 1920-1928 matura. Żona pracowała 1933-1939 jako kasjerka w magistracie we Lwowie z pensją 300 zł mieś. (coś za dużo, bo ja jako urzędnik państwowy - referent skarbowy IX grupy, powyższych studiach, miałem 220 zł mieś.). Dalej 1939-1941 -gospodyni domu. X 1941-VIII. 1944 r. robotnica w warsztacie radiowym w Warszawie w Polsce - Generalna Gubernia z pensją 300 zł mieś. Dlaczego nie podał, że była w getcie we Lwowie, dlaczego dziejopisowi podał przerzucenie żony do Warszawy dopiero w 1942 r. ? Zabrana z Powstania Warszawskiego p. Cyla pracowała przymusowo od VIII 1944 do 17 IV 1945 r. jako robotnica w fabryce amunicji w Solingen w Niemczech. A od 17 IV 1945 r. w gospodarstwie domowym. Podał w tej ankiecie, że cały majatek stracił w Polsce i że chce jechać do Izraela, gdzie w Tel-Awiwie ma szwagra, MordechajaAssama. Ówczesny zarobek miesięczny w Austrii określił na kwotę 1000 szylingów. Swoją ostatnią funkcję podał — od 5.5.1945 do dnia obecnego (I 1949 r.) wiceprzewodniczący Żydowskiego Centralnego Komitetu na strefę amerykańską-Linz -Austria, skąd ma tę pensję 1000 szyl. Zanim przejdę do opisu dalszych wydarzeń z drogi życiowej Wiesenthala, chcę zakończyć posiłkowanie się stenogramem rozprawy sądowej w Wiedniu w dniu 5 XII 1980 r. w sprawie bezprawnego używania przez niego tytułu „ dyplomowany inżynier architekt". Wyjaśniono mu, że do używania tego tytułu dyplom winien być nostryfikowany w Austrii, zatem używany był bezprawnie. Natomiast co do prawa powoływania się na posiadanie dyplomu architekta Politechniki Lwowskiej, sprawę odroczono do czasu zbadania podobnych przypadków u świadków, którzy z nim kończyli Politechnikę. Zatem będzie na tę okoliczność przesłuchiwany m.in. jako świadek dypl. inżynier Seev Porat, główny architekt miasta Tel-Aviw, zamieszkały tamże przy ul. Maże 32, gdyż nie uznano zaświadczenia o dyplomie, ale bez dyplomu.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829